site en polonais
         
 
Biografia
Artykuły
Poezja
Fotografie
Bibliografia
Linki
Kontakt
 
 
 
 
   
   

Maria Fedecka

Ta letnia noc - czuła i pełna ciepła

Jak końska krtań. Nagłe wycie syreny

Tnie szyję - alarm, wizg, zapowiedź piekła.

Wszędzie żandarmi - są niczym hieny.

Biegną przechodnie. A niebiańscy zbawcy

Nad miastem krążą wciąż. Szyby gdzieś płoną.

Wśród zbiegów Petro w swoim swetrze barwnym.

Tuż za nim Folie ucieka z Deborą

W kopułach kurzu, by dać chorej szansę

W bramie się skryć na Małej Pohulance.

 

Folie nie słyszy jak ponad nim huczy

Niebo. Jej kaszel zmysły mu poraża.

Smutek osiada na dnie jego duszy.

Ubranie pali jak szyb płomień. W żarze

Każde kaszlnięcie jej jak szufla ziemi

Spada na jego pragnienia nabrzmiałe.

Debora jakby przebita swym cieniem

Podąża naprzód - siły jej dodaje

Moc jego woli. Słońce już zapada -

Abraham w ofierze Izaaka składa.

 

Noc się zachmurza. I alarm przeminął

Powietrze to cierń miękki, niewidzialny.

Dwóch mężczyzn wiedzie w gorączce dziewczynę

Do Marii Fedeckiej, która schron klasztorny

Deborze dała niedawno na Rossie.

Wtem ktoś latarką prosto w oczy świeci:

- Paszporty! - Petro, niczym błysk na kosie:

- Z przyjemnością, oto papiery, pieczęci...

I już zgaszona strasznych pytań groza

Wbitą pod żebra błyskawicą noża.

 

Wszedł jako pierwszy do Fedeckiej Folie.

Klamka - niczym jeż, co mu pokłuł palce.

"Nieprzyjemnie" - to słowo nie gra roli.

Bo Debora... musi zwyciężyć w walce!

- Dobry wieczór! Czy pani pomóc może

Chorej Żydówce? - i Folie już pewniej

Z gardła dobywa słowa niczym noże. -

Pani ją zna, bo była "siostrą" dawniej.

Gdy diabeł napadł klasztor, uciekała

Do tajnego miasta - żyła w kanałach.

 

- Debora? Gdzie jest? - Pomiędzy drzewami

W ogrodzie, wybaczcie. A Maria: - Jakże

W ogrodzie? Chwileczkę. Ja mam dom dla niej.

Lecz kim jest tutaj ten obcy? O Boże!

- Petro, towarzysz, przyjaciel. - Jak jagnię

Dziewczyna w trawie oddycha gwiazdami,

Jak balsam chłodzą jej drzemkę łagodnie.

Gorączki zrosił pot czoło kroplami.

Chmara wszelakich świerszczy-samolotów

Przecina niebo trawiaste ogrodu.

 

Maria Fedecka ma ponad czterdziestkę,

Jest polską córą, piękną oraz dumną

Niczym hrabianka. Sumienie jej czyste,

Ukrywa Żydów, życie bezrozumnie

Naraża. Chora, skoro Żydów lubi,

Załatwia dla nich paszporty fałszywe.

Nawet więzienie nie mogło jej zgubić,

Cud ją ocalił, prawo sprawiedliwe.

Każdy powinien pamiętać jej imię

I przyjaźń w dobie wrogości straszliwej.

 

W kącie ukrytym przed spojrzeniem obcym

Maria Deborę myje i odkaża,

Kładzie do łóżka jak księżniczkę w nocy.

Na wprost białego łóżka, na kotarze

Kościuszko pędzi, w ręku zakrzywiony

Miecz staropolski. Obok - bukiet kwiatów.

To lata ręką rwane tulipany

Dla Debory - zapach i dźwięk zaświatów,

By smutek nie skrył za chmurami nieba.

W świetle kanarek migotliwym śpiewa.

 

Abraham Sutzkever

(Tłum.: Leszek Szaruga)




  [Oryginał wiersza]